O blogu

Blog powstał z myślą o możliwości podzielenia się z szerszym gronem wszystkim tym, co mnie inspiruje i zachwyca. Znajdziesz więc tutaj głównie sporą dawkę informacji i opinii na temat różnych tworów z obszaru muzyki, literatury i innych dziedzin sztuki, ale nie tylko. Sporo obserwacji i przemyśleń dotyczących zwykłej, szarej codzienności też znajdzie tutaj swoje ujście. Na pewno nie będzie nudno.

"ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ" - Jojo Moyes

Chyba nie sądziłam, że kiedykolwiek sięgnę po tę pozycję, kiedy ukazała się na polskim rynku. Zaszufladkowałam ją od razu jako ckliwy romansik dla nastolatek. W zasadzie nie wiem czemu, być może przez sposób, w jaki była reklamowana. W każdym razie stwierdziwszy, że nie jest to literatura ani zbyt ambitna, ani zbyt wyróżniająca się czymkolwiek, nie uległam wielkiemu "łał" nawet kiedy ukazał się film. A teraz jest mi po prostu głupio, bo nie mogłam się bardziej mylić.


Do przeczytania "Zanim się pojawiłeś" już od dłuższego czasu namawiała mnie dziewczyna mojego brata - Natalka. Że wzruszająca, że piękna, że się dobrze czyta. Od niej też dowiedziałam się, że niedługo w kinach pojawi się ekranizacja. Pomyślałam "ok, chętnie przejdę się na to do kina" - co oznaczało raczej "kiedyś przeczytam", bo nie lubię oglądać filmu przed przeczytaniem powieści, na której się opiera. Cóż... Film się ukazał, Natalka go obejrzała (recenzując go jako nie najgorszy, ale nie tak dobry jak książka), a ja cały czas miałam coś ciekawszego do czytania, wartego - jak mi się wydawało - więcej uwagi i czasu. Ale ponieważ tak to ze mną bywa, że w chwilach pewnych hmmm... kryzysów emocjonalnych (cokolwiek to znaczy) czy w przypływie smutku i melancholii, często mam ochotę na sięgnięcie po coś lekkiego, wręcz "odmóżdżającego", co można by przeczytać jednym tchem bez większego wysiłku, w końcu sięgnęłam po powieść Moyes.

Zapowiadało się tak jak się spodziewałam, czyli raczej banalnie - młody, przystojny milioner po wypadku i sympatyczna, niezdarna opiekunka. To już, w moim mniemaniu, pozwoliło mi zakwalifikować powieść jako typowe romansidło. Myliłam się niesamowicie. Ale najpierw może chociaż lekko zarysuję fabułę.

Will Traynor - bogaty, przystojny, 35-letni biznesmen na skutek wypadku doznaje paraliżu czterokończynowego - nie ma władzy w rękach, nogach i generalnie w żadnej części ciała poniżej mostka. Nad jego kondycją fizyczną (o ile można to tak nazwać) i ogólnym zdrowiem czuwa pielęgniarz Nathan. Jednak okazuje się, że Will potrzebuje również osobistej opiekunki, którą zgodnie z wolą jego matki, zostaje urocza Louisa. Pomimo absolutnego braku jakichkolwiek kwalifikacji, zostaje uznana za zupełnie odpowiednią na to stanowisko i przyjmuje tę pracę. Choć jest pełna niesamowitych obaw, ze względu na fatalną sytuację materialną jej rodziny musi to zrobić.

I tutaj w zasadzie pojawia się ten schemat.. On - zgorzkniały, uprzykrzający jej życie, na pierwszy rzut oka zupełnie pozbawiony wrażliwości, ona - niezdarna, urocza, gadatliwa, prosta, zupełnie nierozumiejąca i nieradząca sobie z zachowaniem podopiecznego. Można by pomyśleć, że do zakochania jeden krok, jak to zazwyczaj bywa w tego typu powieściach. I może poniekąd coś w tym jest, bo rzeczywiście w pewnym momencie bohaterowie najwyraźniej zakochują się w sobie. Ale ze strony Lou tylko raz pada wyznanie miłości, a ze strony Willa w ogóle. I to jest własnie to, co sprawia, że ta książka to nie jest żadne zwykłe romansidło. Autorka poświęciła wątkowi miłosnemu tych dwojga - takiemu oczywistemu wątkowi miłosnemu - może ze trzy strony, kiedy to Lou wyznawała Willowi miłość albo kiedy się raz (może dwa - nie pamiętam, ale na pewno nie więcej) pocałowali.
Do czego zmierzam?

Chcę zwrócić uwagę na to, co sprawiło, że uważam "Zanim się pojawiłeś" za wspaniałą powieść, pomimo tego, że nie jest z pozoru zbyt ambitna czy błyskotliwa. Mianowicie chodzi mi o niesamowity przekaz i ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie. O portrety psychologiczne tych dwojga bohaterów. Nie wiem, czy było zamiarem autorki ukazać to jako najważniejszy element powieści, ale mnie najmocniej dotknęło właśnie to, że powieść zostawiła mnie nie tylko z falą łez na twarzy (dosłownie - zalewałam się łzami jak małe dziecko, szlochając i smarcząc w rękaw), ale również z ogromem przemyśleń na temat wielu ważnych wartości, takich jak życie, zdrowie, sprawność, odwaga i radość. Przyjrzyjmy się uważnie temu, co autorka ukazuje nam poprzez dwójkę głównych bohaterów.

Will - człowiek sukcesu. Ma pieniądze, narzeczoną, możliwości. Korzysta z życia na 100%, uwielbia wyzwania, sport, ryzyko. Jest niesamowicie inteligentny i odważny, cały czas poszerza swoje horyzonty, uważa, że "wiedza to potęga". Kocha podróże i nowe miejsca. Nie lubi monotonii, jest zdecydowanie człowiekiem czynu. Wypadek odbiera mu to wszystko. Wszystko, co kocha.
To sprawia, że jedyne, czego pragnie to śmierć.

Lou - dziewczyna z ubogiej rodziny, nigdy nie myśląca o sobie. Strachliwa, ale mimo to szczęśliwa i radosna, nie skarżąca się na nic, pomimo monotonii jaką jest jej życie. W wieku 26 lat nie ma wykształcenia, pracuje od wielu lat w jednej kawiarni, aby zapewnić byt rodzicom. Związana od wielu lat z chłopakiem, który jest zapatrzony w siebie. Zamknięta na wszystko co jest poza domem, rodziną, pracą i jej chłopakiem. Nagle musi się odważyć i znaleźć mnóstwo nowych i ciekawych rzeczy do zrobienia - musi zachęcić Willa do życia.

Zderzenie tych dwóch osobowości musiało skończyć się czymś wielkim. Po pierwsze - i dla mnie osobiście chyba przede wszystkim - jest to przemiana wewnętrzna Lou. Dzięki Willowi zaczyna robić nowe rzeczy, o których nigdy wcześniej by nawet nie pomyślała. Odkrywa świat, choć jeszcze niedawno nie wyobrażała sobie podróży dłuższej niż te kilka przystanków komunikacją miejską. Poszerza horyzonty, zaczyna działać. Zaczyna nawet studia, choć wcześniej nawet nie sądziła, że mogłaby coś takiego zrobić. To Will uświadamia jej, ze może wszystko, że ma potencjał, że musi w siebie wierzyć i iść do przodu. Że musi żyć pełnią życia, które daje nam tyle możliwości i jest wspaniałe. Z drugiej strony widzimy jak bardzo nieskuteczne są wszelkie próby zachęcenia go do tego życia, kiedy nie jest on w stanie nic zrobić samodzielnie. Jak bardzo niewiele jest ono warte dla kogoś, kto właśnie żył jego pełnią, a nagle odebrano mu właściwie większość z tych możliwości. Jak wielkim ciężarem może być życie - nawet dla kogoś kto jeszcze "chwilę temu" tak bardzo je cenił. I w końcu jak dobrym uczynkiem może być pozwolenie komuś na śmierć, choć z pozoru zgoda na coś takiego wydaje się być NIEWYOBRAŻALNIE okrutna i niewybaczalna.

W zasadzie myślę, że mogłabym tak pisać, pisać i pisać - bo można by tak długo, nawet tylko na podstawie historii tych dwojga. Ale myślę, że najlepiej będzie jeśli każdy, kto jej nie czytał, sięgnie po tę pozycję i przefiltruje ją przez swoje własne myśli i swoją własną wrażliwość. Może ktoś odważy się poszerzyć horyzonty? Może ktoś zauważy, że można być szczęśliwym zawsze, jeśli tylko się sobie na to pozwoli? A może w końcu ktoś doceni jakie to szczęście, że ma ręce, nogi i że MOŻE. Bo ja uważam - tak jak Will - że życie daje nam tyle możliwości, że mogąc z nich korzystać i nie robiąc tego, krzywdzimy siebie w najgorszy z możliwych sposobów. Ale pamiętam, że kiedyś byłam taka jak Lou.

Zdecydowanie uważam "Zanim się pojawiłeś" za obowiązkową powieść do przeczytania każdej wrażliwej osobie przede wszystkim, ale nie tylko. I przyznam szczerze, że nigdy, PRZENIGDY (nawet na "Przeminęło z wiatrem", czego naprawdę w życiu bym się nie spodziewała) tak bardzo nie płakałam i nie mogłam się pozbierać. Dodam też, że po filmie (o dziwo!) było jeszcze gorzej. Poruszająca do głębi opowieść, totalny wyciskacz łez, niesamowicie trafiający w mój poziom wrażliwości.

POLECAM CAŁYM SERCEM! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz